Kanały:
Wpisy
Komentarze

To prawdopodobnie jedna z najciekawszych książek ekonomicznych 2012 r. „Why Nations Fail. The Origins of Power, Prosperity and Poverty“ Darnoa Acemoglu i Jamesa Robinsona poszukuje źródeł sukcesu gospodarczego jednych państw i przyczyn ubóstwa innych.

Kiedy w 1608 r. Anglicy rozpoczęli podbój Ameryki Północnej, liczyli prawdopodobnie na niezłe kokosy – nie w sensie owoców, ale zysków. W końcu hiszpańska konkurencja w Ameryce Południowej radziła sobie doskonale – po wieku podbojów kontynentu i brutalnego wyzysku ludności miejscowej, do Hiszpanii płynęły tony złota i innych surowców. Wbrew nadziejom, Anglikom szło jednak znacznie trudniej, a kapitan pierwszej wyprawy, Christopher Newport, mógł tylko pomarzyć, żeby pójść w ślady hiszpańskiego odpowiednika Hernana Cortesa. Ameryka Północna nie była tak zasobna w surowce jak Południowa, warunki do upraw były trudniejsze, wreszcie ludność miejscowa była rozproszona i trudniej ją było zaprzęc do niewolniczej pracy. Pierwsze angielskie wyprawy okazały się porażką.

ImageParadoksalnie, to w tych pierwszych porażkach kolinizatorów tkwi najbardziej pierowtne źródło sukcesu gospodarczego Ameryki Północnej. Ponieważ Anglicy nie zdobyli łatwych bogactw, musieli włożyć więcej wysiłku w pracę. Nie mogli sobie łatwo podporządkować sobie dużych rzesz lokalnej ludności, więc nowoprzybyli musieli sami pracować. Nie mogli też rabować złota, więc musieli wykrzesywać z siebie maksimum kreatywności. W procesie kolonizacji uczestniczyło znacznie więcej podmiotów niż w przypadku Hiszpanii, co przełożyło się również na stosunki społeczne w samej Anglii, gdzie król nie mógł łatwo podporządkować sobie poddanych. Nie przypadkowo to w Ameryce Północnej oraz Anglii kształtowały się pierwsze demokracje i nie przypadkowo do końca XIX wieku świat anglosaski był najbogatszą częścią świata.

Ta logika leży u podstaw całego wywodu Acemoglu (MIT) i Robinsona (Harvard). Twierdzą oni, że źródła bogactwa leżą w instytucjach społecznych i politycznych. Dobrobyt osiągnęły te społeczeństwa, które ukształtowały instytucje dające ludziom prawo uczestnictwa w życiu gospodarczym i czerpania z tego korzyści oraz instytucje dające ludziom wolność i prawo wyboru. Autorzy nazywają te instytucje inkluzywnymi. Ich przeciwieństwem są zaś instytucje ekstraktywne, czyli takie, które zapewniają dobrobyt jedynie elitom kosztem większości obywateli. W pierwszych wiekach po kolonizacji w Hiszpanii i Ameryce Południowej kształtowały się właśnie instytucje ekstraktywne, ponieważ łatwość zdobycia bogactw i niewolników dawała elitom potężne narzędzia ochrony swoich przywilejów.

Społeczeństwa o instytucjach ekstraktywnych są generalnie dużo biegniejsze, gdyż rządzące nimi elity ograniczają innowacje, zmiany i wszystko co potencjalnie zagraża ich dominacji. Jak udowadniają Acemoglu i Robinson ten prosty podział – inkluzywność versus ekstraktywność – znacznie lepiej wyjaśnia różnice w dobrobycie niż większość istniejących „na rynku“ teorii – o roli kultury, religii, geogriafii itp.

Przez pryzat tego podział auorzy umiejętnie i ciekawie opowiadają kawał politycznej i społecznej historii świata. Rozpoczynają od czasów starożytnego Rzymu, udowadniając, że przekształcenie republiki w cesarstwo przyczyniło się do rozpadu imperium, gdyż obywatele przestali aktywnie uczestniczyć w życiu politycznym, wzrosło wykorzystanie niewolnictwa, ochrona praw własności uległa erozji, a cesarze blokowali kreatywność obywateli.

Rozpad cesarstwa dał początek tysiącletniemu rozwojowi feudalizmu w Europie. Był to niewątpliwie proces zdominowany przez instytucje ekstraktywne, jednak w przeciwieństwie do wielu regionów świata, europejski system polityczny nie opierał się na bezwzględnej dominacji jednego władcy, ale wielu różnych ośrodkach władzy. Co więcej, feudalizm nie ukształtował niewolnictwa – chłop pańszczyźniany to mimo wszystko co innego niż niewolnik. Kiedy zatem epidemia cholery zdziesiątkowała ludność Europy i doprowadziła do wzrostu presji płacowej, a kolonizacja i rozwój handlu dały kontynentowi impuls do szybszego rozwoju gospodarczego, to Europa – bardziej niż reszta świata – posiadała lepszy grunt do rozwoju wolnego rynku i demokracji. Na tym żyznym gruncie rewolucja przemysłowa szybko przeobraziła się w gwałtowny wzrost gospodarczy, który poprzez mechanizm sprzężenia zwrotnego, demokratyzował kolejne regiony Europy.

W tym samym czasie w innych miejscach świata (nie licząc oczywiście USA, gdzie wydarzenia przebiegały równolegle z Europą) dominowały instytucje ekstraktywne – w Europie Wschodniej, na Bliskim Wschodzie czy w Azji, zmiany gospodarcze i społeczne przebiegały znacznie wolniej. Nie bez znaczenia był oczywiście proces kolonizacji – Europejczycy „rozwijali“ na swoim kontynencie nowoczesne instytucje społeczne i gospodarcze, ale w koloniach dość bezwzględnie budowali ekstraktywne instytucje niewolnicze. Dość symptomatyczny przykład to podbicie Wysp Banda przez Holendrów w 1621 r. Wyspy Banda były zorganizowane w demokratyczny sposób, decyzje były podejmowane kolektywnie, brak było scentralizowanej władzy. Kolinizatorzy nie mogli zatem zdominować tej społeczności poprzez przekupienie lub szantaż wodza. Co uczynili Holendrzy? Wymordowali całą ludność wysp, prawdopodobnie ok. 15 tys. ludzi, pozostawiając przy życiu tylko garstkę, którą mogli wykorzystać do niewolniczej pracy.

Oczywiście trudno winę za biedę w różnych regionach zrzucić jedynie na Europejczyków z Zachodu. Europa Wschodnia raczej nie była penetrowana przez kolonizatorów, a mimo to mocno ekstraktywne instytucje społeczne i polityczne przetrwały tam do końca XIX w., a w niektórych regionach nawet niemal do końca XX wieku. Podobnie było z Chinami czy Turcją.

Acemoglu i Robinson proponują dość proste narzędzie do analizy rozwoju instytucji społecznych i gospodarczych – podział na instytucje ekstraktywne i inkluzywne – i przeprowadzją bardzo solidną argumentację potwierdzającą ich prostą teorię, ale wnioski wynikające z ich książki wcale nie muszą przekładać się na proste recepty polityczne. Z książki jasno wynika, że sukces gospodarczy jest w znacznej mierze efektem dość przypadkowych procesów i – co gorsze – jest do pewnego stopnia zdeterminowany historycznie. Instytucje kształtują się przez dziesiątki lub nawet setki lat, a ulegają zmianom w wyniku często nieprzewidywalnych wydarzeń (jak epidemia cholery w XV w.). Trudno zatem dokonać istotnych zmian instytucjonalnych w przeciągu kilku czy kilkunastu lat – a to jest typowa współczesna perspektywa polityczna.

IM

Niedawno dowiedziałem się, że bajka o Czarnoksiężniku z krainy Oz ma przesłanie ekonomiczno -polityczne.

Powstała, bo amerykańscy farmerzy pod koniec XIX w. wpadli w długi i domagali się wsparcia w formie dodrukowania dolarów.

Autor bajki (podobno) popierał kandydata na prezydenta, który  chciał spełnić postulaty rolników i domagał się, by  powiązany dotąd ze złotem dolar oparty był także o srebro, co dawało możliwość skokowego zwiększenia ilości gotówki w obiegu.

Dorotka jest z rodziny farmerów – zadłużonych.

Pozbawiony rozumu Strach na Wróble to właśnie symbol tej grupy, która nieroztropnie brała kredyty.

Blaszany Drwal uosabia  proletariat fabryczny – nie ma serca, tzn. nie solidaryzuje się z rolnikami.

Wiedźmy to oczywiście bankierzy, a tchórzliwy Lew  to  pozbawiona odwagi klasa polityczna.

W całej bajce takich kluczy jest więcej – nieprzypadkowo Dorotka nosi srebrne trzewiki.

Klucz do zrozumienia bajki tkwi w samym tytule: Oz to skrót od ounce, czyli uncja, a złoto mierzy się właśnie w uncjach.

Przeczytałem o tym w “Debt. The first 5000 years” Davida Graebera. Szukam przymiotników, by opisać jaka jest ta książka i czasu, by ją przeczytać do końca. Jak znajdę, to napiszę dłuższą recenzję.

JN

  

Wśród analityków często można spotkać opinię, że u źródeł obecnego zawirowania w gospodarce i na rynkach leży chaos polityczny. Poniższy tekst pokazuje, że to dość powierzchowne spojrzenie.

Na voxeu.org ukazał się bardzo ciekawy artykuł, który wiele tłumaczy na temat współczesnych problemów polityczno-gospodarczych. Napisał go Simon Wren-Lewis, wykładowca Oxfordu. Sam też pisałem nieco o tym problemie, ale jeżeli mogę się podeprzeć facetem z Oxfordu to może opinia ta zyska większy posłuch.

Problem tkwi w bardzo silnym podziale makroekonomistów, którzy nie umieją znaleźć jednoznacznego przepisu na żadne poważne współczesne wyzwanie. Wren-Lewis nie ocenia może tego tak dosadnie, ale pisze o powracającym podziale na różne szkoły ekonomii, przede wszystkim keyenesowską i klasyczną. Obie podają zupełnie różne przepisy na wyjście z kryzysu, szczególnie w zakresie stymulusu monetarnego i fiskalnego.

Ja dodałbym jeszcze, że problem szczególnie widoczny jest w sprawie luzowania polityki pieniężnej. W kwestiach fiskalnych podział był widoczny zawsze, ale w polityce monetarnaj zdawał się w ostatnich dekadach wyłaniać pewien konsensus, jak prowadzić politykę stóp procentowych (lub podaży pieniądza). Teraz okazuje się, że niektórzy ekonomiści popierają masowe zwiększanie bazy monetarnej, inni twierdzą, że to jest najgorsze, co można w tym momencie zrobić.

Skąd te podziały? Powody mogą być trzy, niekoniecznie sprzeczne: a) różne szkoły pasują do różnych warunków gospodarczych, żadna z nich nie posiada absolutnej wyższości, b) przez dwadzieścia lat spokoju w globalnej gospodarce pewne naturalne podziały zostały sztucznie przykrywane, a w okresie wielkich zawirowań naturalnie wyszły na powierzchnię, c) istnieje wieczny podział między osobami o różnych preferencjach dla interwencji państwa i tego podziału nie da się zasypać.

W tym kontekście lepiej można zrozumieć potężne podziały polityczne, jakie występują w Europie i Stanach Zjednoczonych. Ich przyczyna leży częściowo w dużych podziałach społecznych i różnicach w interesach, częściowo w braku charyzmatycznych liderów, ale nie można pominąć również problemu bardzo odmiennych przepisów podawanych przez ekonomistów. Każdy ekspert, który krytykuje polityczny chaos, powinien najpierw sam zapytać siebie: na ile jest przekonany, że przepisy przezeń podawane są 100 proc. skuteczne?

IM

John Kay. “Obliquity. Why Our Goals Are Best Achieved Indirectly”

Nie pamiętam ile razy w życiu toczyłem z moim ojcem – reżyserem, dokumentalistą – dyskusję o tym, czy przede wszystkim należy skupić się na pieniądzach, czy przede wszystkim na ważnych i ciekawych celach. Podział opinii jest dość oczywisty: reżyser twierdzi, że pieniądze muszą zejść na drugi plan, ekonomista że to doprowadziłoby do nieefektywnych wyborów.

Ten dylemat jest jednym z tematów książki Johna Kaya, ekonomisty, publicysty „Financial Times“, wykładowcy Oxfordu. Twierdzi on, że wszystkie cele w życiu prywatnym i biznesie, a zatem zarazem całej gospodarce, osiąga się pośrednio. Czyli jakby potwierdzał opinie, że sam zysk nie powinien być celem w sobie. Na samym początku książki Kay pisze, że zrezygnował z pracy w firmie konsultingowej, gdyż stwierdził, że ten interes nie ma żadnego sensu. Doradzanie innym jak osiągnąć sukces nie wnosi żadnej wartości dodanej, oprócz poczucia menedżerów, że poradzili się kogoś, kto rzekomo się na tym zna.

Minusem publikacji Kaya jest to, że ciągnie przez niemal 200 stron temat, który możaby zmieścić w małej broszurce. Książka jest ewidentnie „rozciągnięta“. Ale nie oznacza to, że mało ciekawa. Wręcz przeciwnie, myślę, że jest dość inspirująca. Pełno w niej opisów badań, ciekawych historyjek i anegdot, zastanawiających faktów itd. Kay to człowiek renesansu, nie skupia się jak koń z klapkami na jednym obszarze.

„Obliquity“  ujawnia się w wielu dziedzinach życia. W biznesie – udowadnia autor – bardzo słabo wypadają firmy, które zmieniły strategię z nastawionej na osiągnięcie konkretnych celów przemysłowych na nakierowaną głównie na zysk. To był m.in. case Boeinga. Przez wiele lat firma chciała być liderem technologii lotniczych, a w latach 90. jej nowi menedżerowie postawili głównie na zyskowność. W latach 2000. Boeing przegrał rywalizację o zamówienia z Airbusem.

W ekonomii bardzo słabo wypadają teorie, które opierają się na jednej idei, starają się wyjaśnić wszystko jednym rzutem. Dążenie do wyjaśnienie zjawisk gospodarczych jest z natury pokrętne, wymagające subtelności, korzystania z różnych dziedzin wiedzy, pozostawienia nuty niepewności, zachowania subtelności. Dlatego wciąż John Maynard Keyenes jest największym ekonomistą w historii. W inwestowaniu pieniędzy większy sukces odniósł George Soros, opierający się często na intuicji, zmieniający strategie, nie przywiązujący się do konkretnych sposobów inwestowania, niż pionierzy nowoczesnych sposobów modelowania rynków finansowych, matematycy i statystycy.

Wreszcie w życiu bardziej szczęśliwi są ci, którzy dążą do swoich celów, a nie ci, którzy dążą do szczęścia samego w sobie.

Czy Kay ma racje? Generalnie jego argumentacja jest ciekawa, często przekonująca, intelektualnie atrakcyjna. Mam jednak pewne wątpliwości. Myślę, że Kay trochę manipuluje faktami i teoriami, żeby naciągnąć je do swojej wizji. Wracając do tematu z początku. Czy więcej dobrych filmów powstaje w nastawionym na zysk Hollywood, czy nastawionym na dobra kulturalne Warsawood (czyli na rynku polskim)? Niech każdy sobie sam odpowie na to pytanie, biorąc oczwiście poprawkę na różnice skali.

Ignacy Morawski

O przypadku

Nassim Nicholas Taleb. Fooled by Randomness. The Hidden Role of Chance in Life and in the Markets. 

Myron Scholes i Robert Merton są laureatami nagrody Nobla z ekonomii (właściwie: Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla. Nobel jej nie ufundował)

Obaj ekonomiści byli dyrektorami i współzałożycielami funduszu Long Term Capital Management.

LTCM stosował matematyczne metody szacowania ryzyka. Stworzony przez genialnych naukowców fundusz w cztery lata powiększył swój majątek czterokrotnie. Potem zbankrutował w kilka miesięcy.

W 1998 Rosja ogłosiła niewypłacalność. LTCM stracił gigantyczne pieniądze, zachwiał całym systemem finansowym i upadł.

Bankructwo Rosji nie miało prawa się zdarzyć. Podobno miało współczynnik 7 sigma – czyli powinno wystąpić raz na 3 miliardy lat.

Co ciekawe ryzyko spadku cen domów w USA przed 2007 r. szacowane było na 25 sigma, czyli miało być równie prawdopodobne, jak wygranie w totka dwadzieścia kilka razy z rzędu.

Nassim Taleb w książce Fooled by Randomness wspomina LTCM i pisze, że gdy opowiedział taksówkarzowi w Nowym Jork, że są ludzie, którzy uważają, że da się pomierzyć to co jest nieprzewidywalne ten po prostu parsknął śmiechem.

Cała książka jest o tym, że ludzie nie doceniają roli przypadku: w życiu, pracy, na giełdzie, na wojnie itd. Buffett, Patton i Gates oprócz talentu mieli trochę szczęścia. I pewnie wszyscy oni zdają (lub zdawali) sobie sprawę z własnych ograniczeń – Buffett nie inwestuje w spółki, których biznesu nie rozumie. Z kolei George Soros znany jest z tego, że nie wstydzi się często zmieniać zdania i przyznawać do błędu –beż żenady zmienia strategie inwestycyjne i zarabia. To zupełnie inna postawa od tej,  która dominowała na Wall Street przed krachem z 2008.

Taleb, który na co drugiej stronie krytykuje dziennikarzy za brak krytycyzmu i bezrefleksyjność, wspomina wywiad, którego udzielił jednej z telewizji jego kolega prof. Robert Shiller.  Shiller był sceptycznie nastawiony do hossy, która akurat panowała na rynkach. Dziennikarz go wyśmiał mówiąc, że gdyby ktoś posłuchał jego przestrogi przegapiłby szansę na 40% zysku.

Taleb dziwi się, że Shiller zgodził się na wywiad. Argumenty, które miał były zbyt skomplikowane jak na formułę telewizyjnego show. Shillerowi chodziło o to, że nawet jeśli ktoś zarabia to dalej bardzo ryzykuje: jakby grał w rosyjską ruletkę. Za każde naciśnięcie spustu, które nie skończy się wystrzałem dostaje milion dolarów. Jeśli trafi na kulę to oczywiście ginie. Dziennikarz śmiał się, że ktoś nie chciałby zagrać. Przecież można wygrać milion dolarów!

Nassim Taleb jest zwolennikiem sceptycyzmu. Nie lubi Condorceta i Rosseau oraz ich wiary w postęp. Lubi Poppera, który jak pisze sam Taleb, miał ograniczone zaufanie do naukowców (vide LTCM), Hayeka, który za bardzo nie ufał rządom i Kahnemana – amerykańskiego psychologa (też noblista z ekonomii), który dość dobrze zbadał i opisał ograniczenia jakie na ludzi nakłada ich własna psychika.

Książka nie ma zatem optymistycznego przesłania i do tego co chwila jest w niej uwaga o tym, że większość dziennikarzy to głupcy (Taleb szydzi z tego, że w mediach wszystko musi być proste i zrozumiałe dla każdego, musi być na tzw. chłopski rozum . Pisze: ciekawe jak byście wyjaśnili (krótko i prosto!) np. dziennikarzowi Times of London w 1905, że czas zwalnia w trakcie podróży. Nie pracuję w Times, nie mamy 1905 roku, ale też nie do końca to rozumiem.  A z kolei tzw. zdrowy rozsądek to zbiór przesądów, które sobie wbiliśmy do głowy w okresie dorastania – Taleb twierdzi, że Einstein tak powiedział. )

*

***

 Taka jest właśnie ta książka. Momentami trochę irytująca. Nie zgadzam się ze wszystkim co twierdzi jej autor ale i tak ją lubię.

Taleb na samym początku wyjaśnia, że napisał ją dla funu – i z czytania jej też jest wielki fun.  A potem  autor cytuje łacińską sentencję, której sens sprowadza się do tego, że słowa należy wypowiadać lub zapisywać tylko wtedy, gdy są więcej warte niż cisza. Talebowi się udało.

Po długiej nieobecności – spowodowanej mrozem, który osłabia szybkość myślenia i ostrze opinii – czas na nowe przemyślenia.

W ostanim czasie przeczytałem kilka tekstów, które wydały mi się wyjątkowo inspirujące. Należy do nich artykuł Martina Wolfa, komentatora „Financial Times“, na temat dóbr publicznych. Uważam, że Wolf posiada dość wyjątkową umiejętność wychwytywania istotnych problemów, wyłuskiwania ich z mentliku różnych mechanizmów gospodarczych, a następnie przedstawiania w prosty sposób. Janek Niedziałek wspomniał kiedyś o Picassie, który na pytanie, co symbolizuje byk na jego obrazie, powiedział: „byk to byk“. Właśnie taka prostota potrzebna jest ekonomicznym opiniom!

Wolf twierdzi, że zapewnianie dóbr publicznych – czyli takich, z których korzysta większość społeczeństwa i z których korzyść jest czerpana bez ponoszenia opłaty bezpośredniej (trudno płacić za ochronę militarną kraju lub dobrą poziom ogólnej edukacji) – może należeć do kluczowych wyzwań cywilizacyjnych XXI wieku. Dlaczego? Ponieważ w coraz większym stopniu dobra te są zapewniane na poziomie globalnym a nie lokalnym. Dotyczy to m.in. stabilności makroekonomicznej, która jest dobrem publicznym.

Wbrew temu, co twierdzi garstka oszołomiastych ultraliberalnych-austrokonserwatystów, sam wolny rynek nie jest w stanie zapewnić tej stabilności. Potrzebne do tego są instytucje państwowe, m.in. banki centralne, ale również instytucje polityki fiskalnej. Kłopot w tym, że hiperglobalizacja rynków finansowych zmniejsza autonomię instytucji państwowych w podejmowaniu decyzji. Coraz więcej decyzji musi być podejmowanych na poziomie międzynarodowym, a najlepszym tego przykładem są regulacje sektora bankowego, tzw. Bazylea III.  Muszą one być wprowadzane na poziomie globalnym, ponieważ istnieje bardzo duże pole do tzw. arbitrażu regulacyjnego (banki przenoszą działalność tam, gdzie regulacje są lżejsze).

Wracając do Wolfa. Twierdzi on, że oprócz przeniesienia obowiązku zapewniania dóbr na poziom międzynarodowy, dodatkowym problemem jest coraz bardziej multipolarny układ sił na świecie. Globalne wyzwania efektywniej mogą być rozwiązywane przez liderów, natomiast w układzie multipolarnym proces podejmowania decyzji będzie dużo trudniejszy.

Wolf porusza aspekty, które bardzo często są pomijane w analizach ostatniego kryzysu finansowego. Otóż ten kryzys uwidocznił narastające od wielu lat napięcia nie tylko w sferze gospodarczej, ale również w sferze polityki i stosunków międzynarodowych. Wyjątkowo jaskrawo uwidocznione zostały konflikty między suwerennymi rządami a rynkami finansowymi, między potrzebami społeczności międzynarodowej a aspiracjami poszczególnych państw. Te napięcia będą narastały.

Od czasu, kiedy Locke zaczął pisać o demokracji do jej rozpowszechnienia w Europie minęło co najmniej 200 lat. Od czasu, kiedy hiperglobalizacja zmieniła gospodarkę do zmian politycznych koniecznych do sprostania temu procesowi upłynie zapewne mniej czasu. To wyzwania polityczne, a nie gospodarcze, mogą być najważniejsze w obecnym wieku.

Ignacy Morawski

Jeżeli poszukujemy wyjaśnień obecnego kryzysu oraz zastanawiamy się, jak powinien być rozwiązany, to warto posłuchać czasami Ricardo Caballero. Ten niekonwencjonalny ekonomista ma bardzo wiele ciekawego do powiedzenia na temat globalnej gospodarki. Zamieszczam link do jednego z wywiadów z nim.

Cabellero jest ekonomistą niekonwencjonalnym, ponieważ nie zajmuje się ulepszaniem mainstreamowych modeli makroekonomicznych. Używając porównania – nie pracuje jako robotnik w fabryce samochodów, ale jako konstruktor we własnej fabryce (jednocześnie należy do mainstreamu – jest szefem wydziału ekonomii na MIT). Jest jednym z adwokatów przekonania, że problemem globalnej gospodarki w ostatniej dekadzie był … niedobór aktywów.

Globalne oszczędności poszukują aktywów wysokiej klasy, w których mogą być ulokowane. Jeżeli takich aktywów jest za mało, dochodzi do baniek cenowych, które można też nazwać bańkami spekulacyjnymi. Bańki spełniają rolę wyrównywania popytu na aktywa z ich podażą. A zatem, jeżeli chcemy żyć w bezpiecznej gospodarce, odpornej na potężne wstrząsy, musimy dążyć na świecie do wytwarzania odpowiedniej ilości dobrych aktywów. Nie jest to takie proste, bo w grę wchodzą czynniki finansowe, prawne, kulturowe itd. Ten tok myślenia przypomina Keynesa, choć Caballero niewiele pisze o roli wydatków rządowych w stabilizowaniu wahań gospodarczych. Więcej uwagi poświęca np. partnerstwu publiczno prywatnemu.

Jak łatwo zauważyć, jest to kompletne przeciwieństwo dość populistycznych teorii głoszących, że na świecie mamy po prostu zbyt dużą ilość pieniądza nadrukowanego przez banki centralne w ostatnich dekadach. Tym wątkiem zajmę się jednak innym razem.

Ignacy Morawski

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.