To prawdopodobnie jedna z najciekawszych książek ekonomicznych 2012 r. „Why Nations Fail. The Origins of Power, Prosperity and Poverty“ Darnoa Acemoglu i Jamesa Robinsona poszukuje źródeł sukcesu gospodarczego jednych państw i przyczyn ubóstwa innych.
Kiedy w 1608 r. Anglicy rozpoczęli podbój Ameryki Północnej, liczyli prawdopodobnie na niezłe kokosy – nie w sensie owoców, ale zysków. W końcu hiszpańska konkurencja w Ameryce Południowej radziła sobie doskonale – po wieku podbojów kontynentu i brutalnego wyzysku ludności miejscowej, do Hiszpanii płynęły tony złota i innych surowców. Wbrew nadziejom, Anglikom szło jednak znacznie trudniej, a kapitan pierwszej wyprawy, Christopher Newport, mógł tylko pomarzyć, żeby pójść w ślady hiszpańskiego odpowiednika Hernana Cortesa. Ameryka Północna nie była tak zasobna w surowce jak Południowa, warunki do upraw były trudniejsze, wreszcie ludność miejscowa była rozproszona i trudniej ją było zaprzęc do niewolniczej pracy. Pierwsze angielskie wyprawy okazały się porażką.
Paradoksalnie, to w tych pierwszych porażkach kolinizatorów tkwi najbardziej pierowtne źródło sukcesu gospodarczego Ameryki Północnej. Ponieważ Anglicy nie zdobyli łatwych bogactw, musieli włożyć więcej wysiłku w pracę. Nie mogli sobie łatwo podporządkować sobie dużych rzesz lokalnej ludności, więc nowoprzybyli musieli sami pracować. Nie mogli też rabować złota, więc musieli wykrzesywać z siebie maksimum kreatywności. W procesie kolonizacji uczestniczyło znacznie więcej podmiotów niż w przypadku Hiszpanii, co przełożyło się również na stosunki społeczne w samej Anglii, gdzie król nie mógł łatwo podporządkować sobie poddanych. Nie przypadkowo to w Ameryce Północnej oraz Anglii kształtowały się pierwsze demokracje i nie przypadkowo do końca XIX wieku świat anglosaski był najbogatszą częścią świata.
Ta logika leży u podstaw całego wywodu Acemoglu (MIT) i Robinsona (Harvard). Twierdzą oni, że źródła bogactwa leżą w instytucjach społecznych i politycznych. Dobrobyt osiągnęły te społeczeństwa, które ukształtowały instytucje dające ludziom prawo uczestnictwa w życiu gospodarczym i czerpania z tego korzyści oraz instytucje dające ludziom wolność i prawo wyboru. Autorzy nazywają te instytucje inkluzywnymi. Ich przeciwieństwem są zaś instytucje ekstraktywne, czyli takie, które zapewniają dobrobyt jedynie elitom kosztem większości obywateli. W pierwszych wiekach po kolonizacji w Hiszpanii i Ameryce Południowej kształtowały się właśnie instytucje ekstraktywne, ponieważ łatwość zdobycia bogactw i niewolników dawała elitom potężne narzędzia ochrony swoich przywilejów.
Społeczeństwa o instytucjach ekstraktywnych są generalnie dużo biegniejsze, gdyż rządzące nimi elity ograniczają innowacje, zmiany i wszystko co potencjalnie zagraża ich dominacji. Jak udowadniają Acemoglu i Robinson ten prosty podział – inkluzywność versus ekstraktywność – znacznie lepiej wyjaśnia różnice w dobrobycie niż większość istniejących „na rynku“ teorii – o roli kultury, religii, geogriafii itp.
Przez pryzat tego podział auorzy umiejętnie i ciekawie opowiadają kawał politycznej i społecznej historii świata. Rozpoczynają od czasów starożytnego Rzymu, udowadniając, że przekształcenie republiki w cesarstwo przyczyniło się do rozpadu imperium, gdyż obywatele przestali aktywnie uczestniczyć w życiu politycznym, wzrosło wykorzystanie niewolnictwa, ochrona praw własności uległa erozji, a cesarze blokowali kreatywność obywateli.
Rozpad cesarstwa dał początek tysiącletniemu rozwojowi feudalizmu w Europie. Był to niewątpliwie proces zdominowany przez instytucje ekstraktywne, jednak w przeciwieństwie do wielu regionów świata, europejski system polityczny nie opierał się na bezwzględnej dominacji jednego władcy, ale wielu różnych ośrodkach władzy. Co więcej, feudalizm nie ukształtował niewolnictwa – chłop pańszczyźniany to mimo wszystko co innego niż niewolnik. Kiedy zatem epidemia cholery zdziesiątkowała ludność Europy i doprowadziła do wzrostu presji płacowej, a kolonizacja i rozwój handlu dały kontynentowi impuls do szybszego rozwoju gospodarczego, to Europa – bardziej niż reszta świata – posiadała lepszy grunt do rozwoju wolnego rynku i demokracji. Na tym żyznym gruncie rewolucja przemysłowa szybko przeobraziła się w gwałtowny wzrost gospodarczy, który poprzez mechanizm sprzężenia zwrotnego, demokratyzował kolejne regiony Europy.
W tym samym czasie w innych miejscach świata (nie licząc oczywiście USA, gdzie wydarzenia przebiegały równolegle z Europą) dominowały instytucje ekstraktywne – w Europie Wschodniej, na Bliskim Wschodzie czy w Azji, zmiany gospodarcze i społeczne przebiegały znacznie wolniej. Nie bez znaczenia był oczywiście proces kolonizacji – Europejczycy „rozwijali“ na swoim kontynencie nowoczesne instytucje społeczne i gospodarcze, ale w koloniach dość bezwzględnie budowali ekstraktywne instytucje niewolnicze. Dość symptomatyczny przykład to podbicie Wysp Banda przez Holendrów w 1621 r. Wyspy Banda były zorganizowane w demokratyczny sposób, decyzje były podejmowane kolektywnie, brak było scentralizowanej władzy. Kolinizatorzy nie mogli zatem zdominować tej społeczności poprzez przekupienie lub szantaż wodza. Co uczynili Holendrzy? Wymordowali całą ludność wysp, prawdopodobnie ok. 15 tys. ludzi, pozostawiając przy życiu tylko garstkę, którą mogli wykorzystać do niewolniczej pracy.
Oczywiście trudno winę za biedę w różnych regionach zrzucić jedynie na Europejczyków z Zachodu. Europa Wschodnia raczej nie była penetrowana przez kolonizatorów, a mimo to mocno ekstraktywne instytucje społeczne i polityczne przetrwały tam do końca XIX w., a w niektórych regionach nawet niemal do końca XX wieku. Podobnie było z Chinami czy Turcją.
Acemoglu i Robinson proponują dość proste narzędzie do analizy rozwoju instytucji społecznych i gospodarczych – podział na instytucje ekstraktywne i inkluzywne – i przeprowadzją bardzo solidną argumentację potwierdzającą ich prostą teorię, ale wnioski wynikające z ich książki wcale nie muszą przekładać się na proste recepty polityczne. Z książki jasno wynika, że sukces gospodarczy jest w znacznej mierze efektem dość przypadkowych procesów i – co gorsze – jest do pewnego stopnia zdeterminowany historycznie. Instytucje kształtują się przez dziesiątki lub nawet setki lat, a ulegają zmianom w wyniku często nieprzewidywalnych wydarzeń (jak epidemia cholery w XV w.). Trudno zatem dokonać istotnych zmian instytucjonalnych w przeciągu kilku czy kilkunastu lat – a to jest typowa współczesna perspektywa polityczna.
IM





