Feeds:
Posty
Komentarze

Kaleckiści a wolny rynek

Dariusz Standerski z Fundacji Kaleckiego odpowiedział na mój artykuł dotyczący starcia między wizją neoklasyczną a kaleckistowską (lub kaleckiańską) gospodarki. Główne przesłanie autora jest takie, że nadmiernie uprościłem myśl Michała Kaleckiego a ze współczesnych polskich kaleckistów (kaleckian*) uczyniłem niepotrzebnie przeciwników gospodarki rynkowej i kapitalizmu.

„Wszystkie opisane przez teorię efektywnego popytu mechanizmy mają miejsce w warunkach gospodarki rynkowej. (…) Opis gospodarki kapitalistycznej w myśli kaleckiańskiej skupia się wokół warunków dochodzenia do pełnego poziomu wykorzystania czynników produkcji, nie podejmując XIX- i XX-wiecznego tematu walki klas. Dlatego nie można zgodzić się ze wskazywaniem źródeł myśli dzisiejszych kontynuatorów dzieł Michała Kaleckiego bezpośrednio u Marksa”.

„Wolny rynek i państwo nie mogą być sobie przeciwstawiane, a dobrobyt może być osiągany przez odpowiednie korekty mechanizmów rynkowych i poprawę dystrybucji dóbr. To twierdzenie podzielane przez różne nurty myśli ekonomicznej. Różnimy się natomiast w wyznaczaniu optymalnego punktu ograniczeń instytucjonalnych”.

Do uproszczeń się przyznaję, zresztą każdy spór intelektualny to walka na uproszczenia. Czy dokonałem ich źle? Jestem otwarty na wszystkie argumenty, tym bardziej, że o ile neoklasyczną ekonomią znam w miarę nieźle o tyle Michała Kaleckiego powoli odkrywam. Wyjaśnię w tym miejscu tylko jeden problem. W moim przekonaniu bardzo ważne jest rozróżnienie na linii równowaga – konflikt, ono jest ważniejsze niż inne rozróżnienia.

  • Neoklasyczna ekonomia, która dziś jest fundamentem myślenia większości ekonomistów akademickich i nieakademickich (analityków, publicystów, itd. itp.), opiera się na równowadze osiąganej dzięki temu, że różni aktorzy optymalizują swoje decyzje – dokonują takich wyborów, które maksymalizują ich zysk lub generalną satysfakcję (tzw. użyteczność). Robią to w sposób racjonalny, czyli w pełni wykorzystując wszystkie dostępne im informacje. Do takiego schematu można wprowadzać masę modyfikacji, ale niezmienne pozostaje przekonanie, że otaczający nas świat ma jakiś stan równowagi, w którym wszyscy optymalnie wykorzystują swoje talenty i inne zasoby. Stąd przekonanie, że jeżeli pozwolimy ludziom podejmować swobodne decyzje, a cenom kształtować się bez zakłóceń, to osiągniemy taki stan, w którym będziemy jako społeczeństwo zadowoleni.
  • Ta idylliczna wizja stanu równowagi jest często podważana, z różnych stron. Jednym z punktów, w który często się uderza, jest to, że świat nie ma żadnego stanu równowagi, a konflikt między różnymi grupami jest jego immanentną cechą (to wydaje mi się zresztą słuszny kierunek ataku – pytanie o wnioski). Ja w tym kontekście myślę o kaleckizmie, nie w innym. Postulat, że w sytuacji niepełnego wykorzystania czynników produkcji trzeba stymulować popyt, można znaleźć też w ekonomii neoklasycznej – dla mnie to nie jest wyróżniająca cecha kaleckizmu (a od tego wątku swój tekst zaczyna Dariusz Standerski). Dużo istotniejsze jest dla mnie, że u Kaleckiego suma indywidualnych decyzji nie składa się na pełne zatrudnienie. Kapitalistom zależy na zaniżaniu płac, bo to podnosi ich zyski, ich indywidualne decyzje nie doprowadzą gospodarki do maksymalnego poziomu rozwoju możliwego do osiągnięcia. Nawet w długim okresie.

Wrócę do tego, co o Michale Kaleckim napisał Jan Toporowski, to wydaje mi się bardzo ważny wątek:

„Podobieństwa między Kaleckim a Keynesem nie powinny jednak przesłaniać nam różnic w ich podejściu. Keynes, „umiarkowany konserwatysta”, był zawsze entuzjastą możliwości zapewnienia rozkwitu kapitalizmu, jeśli tylko polityka gospodarcza przyniesie pełne zatrudnienia. Kalecki był bardziej sceptyczny. Przyjmował założenie, że polityka fiskalna i monetarna może do pewnego stopnia stymulować inwestycje przedsiębiorstw. Nie uważał jednak, że taka polityka jest do utrzymania na dłuższą metę. Co więcej, wątpił w wolę biznesu, by wspierać pełne zatrudnienie”.

Czy rzeczywiście zatem można łatwo Kaleckiego pogodzić z wolnym rynkiem i kapitalizmem? Dla mnie dyskusja o inwestycjach, oszczędnościach, roli cen itd. są wtórne wobec tego pytania. Ale tą dyskusję postaram się podjąć w kolejnych wpisach.

Ignacy Morawski

Premier Mateusz Morawiecki za głównych kontestatorów swojego planu rozwojowego uznaje „neoliberałów”. A tymczasem otrzymał cios od lewicowej fundacji Kaleckiego. Kto wie, czy jego spór z lewicą nie będzie dużo ciekawszy niż ze stroną liberalną. Bowiem starcie o to, czy kapitalizm powinien być bardziej czy mniej liberalny, może być mniej istotne od tego, czy kapitalizm jest dobry.

Polska ma awansować do wyższej ligi rozwojowej. Mają dać nam to wyższe inwestycje, finansowanie przez wyższe oszczędności Polaków – głównie gospodarstw domowych. O ile w ostatnich 25 latach inwestowaliśmy średnio ok. 20 proc. dochodu narodowego, z czego część finansowana była przez kapitał zagraniczny, o tyle w nadchodzących latach mamy inwestować 25 proc. dochodu narodowego i to niemal w całości z narodowych oszczędności! Otrzymamy całą masę zachęt podatkowych i instytucjonalnych, które mają sprawić, że będziemy większą część naszego dochodu odkładać, a firmy otrzymają całą masę zachęt by więcej zainwestować.

To jest filar Planu Morawieckiego. Cały plan ma ponad 200 stron, ale gdybym miał opisać, co jest w nim najważniejsze, to właśnie tak by to wyglądało.

Ofensywie inwestycyjnej wielu ekonomistów przytakuje. Nawet tych bardzo liberalnych, którzy wiele szczegółów planu krytykują. Oto Stanisław Gomułka pisał w „Rzeczpospolitej”:

„Istotnym, wręcz najważniejszym elementem proponowanej polityki gospodarczej rządu jest decyzja, że wzrost nakładów na inwestycje w środki trwałe będzie finansowany silnym wzrostem oszczędności krajowych. Podzielam opinię autorów dokumentu, że to zwiększenie powinno wynieść około 10 p.p. PKB, czyli z poziomu około 15 proc. PKB do poziomu około 25 proc.”

Nie wszyscy przyklaskują jednakowoż pomysłowi, aby plan powiększania oszczędności stanowił filar planu rozwoju kraju. Co ciekawe, atak nastąpił z lewej strony. Oto Maciej Grodzicki z Fundacji Kaleckiego (i ekonomista na Uniwersytecie Jagiellońskim), napisał na stronie „Krytyki Politycznej”:

„Zachęty do oszczędzania nie pomogą w rozwoju, ale pozwolą zarobić najzamożniejszym. Przekonanie, że oszczędności stanowią warunek konieczny inwestycji jest bardzo mocno zakorzenione w ekonomii głównego nurtu, a w rezultacie również w wiedzy potocznej. Problem w tym, że jest ono empiryczne niepotwierdzone i po prostu fałszywe. Oszczędności powinny być bowiem wynikiem bogacenia się społeczeństwa, a nie jego fundamentem”.

Mamy zatem dylemat. Czy oszczędności tworzą inwestycje, czy też odwrotnie – inwestycje i rozwój prowadzą do wyższych oszczędności? Albo bardziej praktycznie: czy powinniśmy w polityce gospodarczej skupić się na bodźcowaniu obywateli do oszczędzania, czy też bodźcowaniu firm do inwestowania? A za tymi pytaniami kryje się dużo głębszy spór o stan współczesnego kapitalizmu. Poniżej kilka punktów, które układają się w moją odpowiedź na wątpliwości podniesione przez kaleckistę. Generalnie, nie czuję się przez niego przekonany.

**

Za każdym poważnym sporem politycznym stoją jakieś idee, w tym przypadku również. Plan Morawieckiego w wielu punktach wyrasta z ekonomii klasycznej (lub raczej neoklasycznej), którą reprezentuje także S.Gomułka i zdecydowana większość wypowiadających się w mediach ekonomistów. Z kolei kaleckiści wyrastają z ekonomii marksistowskiej (uwaga dla niezaznajomionych – to nie znaczy, że są komunistami), która w ostatnich 25 latach w Polsce była w głębokim cieniu i dopiero od niedawna nieśmiało wychyla się na światło dzienne. Świat ekonomii neoklasycznej to świat równowagi, w którym wszyscy aktorzy realizują racjonalnie swoje plany i każdy odnajduje w nim jakieś dobre dla niego miejsce. Świat ekonomii marksowskiej zaś to świat konfliktu klasowego, w którym pracujący są w ciągłym starciu z kapitalistami, a kapitalizm jako system nie zmierza do żadnego stanu równowagi, a tym bardziej stanu, w którym wszyscy są spełnieni.

W neoklasycznym, mainstreamowym dziś modelu wzrostu gospodarczego (którego źródła to model Ramseya-Cassa-Koopmansa i model Solowa-Swana) gospodarstwa domowe oszczędzają, a z ich oszczędności korzystają inwestujące firmy. Stopa oszczędności, czyli część niekonsumowanego dochodu, lub relatywnie niska preferencja dla przyspieszenia konsumpcji dziś względem konsumpcji jutro (tzw. stopa dyskontowa), jest w tych modelach jednym z głównych czynników determinujących długookresowy poziom rozwoju. Im więcej ludzie oszczędzają, tym więcej firmy inwestują, dzięki czemu większe są zasoby kapitałowe kraju i większe zdolności produkcyjne. Gospodarstwa domowe lokują oszczędności na procent, by zwiększyć przyszłą konsumpcję, zaś firmy pożyczają na procent by zainwestować w projekty o jeszcze wyższej (niż ten procent) stopie zwrotu. Wyższa stopa oszczędności sprawia, że stopa pożyczkowa jest niższa i atrakcyjność netto projektów inwestycyjnych większa.

U Michała Kaleckiego i jego akolitów sytuacja wygląda inaczej. Pracownicy nic nie oszczędzają, firmy inwestują z własnych zysków (przeszłych lub przyszłych), a oszczędności – czyli część niekonsumowanego dochodu właścicieli firm – są SKUTKIEM a nie PRZYCZYNĄ inwestycji. To, ile jeden kapitalista zaoszczędzi, zależy od tego, ile drugi kapitalista zainwestuje. Kluczowe pytanie, to ile właściciel firmy zdecyduje się zainwestować, a nie ile pracownicy zdecydują się oszczędzać (oni i tak mają za mało środków na to). Zasoby kapitałowe kraju, czyli jego zdolności produkcyjne, zależą od decyzji inwestycyjnych firm. Co ogranicza te decyzje? Kilka czynników, m.in. zasoby dostępnego kapitału, który można dać w zastaw pod kredyt, albo inflacja, która może pojawić się przy nadmiarze inwestycji. Co bardzo istotne dla dalszych rozważań, jak pisze Joan Robinson, skłonność do oszczędzania stanowi istotny wyznacznik tego, jak wysokie mogą być inwestycje bez wywoływania inflacji.

Obie wizje polegają na wielkich uproszczeniach, ale to nie jest ich wada – każdy system myślowy jest jakimś uproszczeniem.

***

Moim bardzo skromnym zdaniem, spór o to, czy oszczędności są istotnym determinantem inwestycji czy nie, ma charakter techniczny i jest tylko przykrywką dla problemów o znacznie większym znaczeniu. Kalecki przywiązywał do tego dużą wagę do tego by przekonywać, że inwestycje determinują oszczędności, a nie oszczędności inwestycje, ale w moim rozumieniu rozstrzygnięcie tego dylematu nie ma wielkiego praktycznego znaczenia.

Maciej Grodzicki we wspomnianym na początku tekście ostrzega, żeby nie utożsamiać decyzji inwestycyjnych z decyzjami oszczędnościowymi, bo zapadają one w odmiennych warunkach, są podejmowane przez innych aktorów pod wpływem różnych bodźców. Wyższe oszczędności, przekonuje, nie muszą pchać w górę inwestycji. Ale to, moim zdaniem, jest odkrywanie Ameryki. Wiadomo, że oszczędności i inwestycje to inne zjawiska, oszczędności to niekonsumowany dochód, a inwestycje to zakup środków produkcji. W modelu neoklasycznym decyzje oszczędnościowe nie pchają automatycznie w górę inwestycji – decyzje inwestycyjne są podejmowane przez firmy w oparciu o ocenę zwrotu z kapitału, a decyzje oszczędnościowe w oparciu o korzyści z przesunięcia konsumpcji na przyszłość. Natomiast wyższe oszczędności mogą pośrednio pomagać inwestycjom m.in. przez obniżenie stopy procentowej czy premii za ryzyko lub rozwój rynku kapitałowego. Kiedy weźmiemy bardzo krótki przedział czasowy, np. miesiąc, to decyzje inwestycyjne firm zapadają w oderwaniu od decyzji oszczędnościowych. Ale już na przestrzeni wielu miesięcy i lat decyzje oszczędnościowe mają wpływ na warunki dla decyzji inwestycyjnych.

Kiedy Gomułka pisze, że wzrost oszczędności to bardzo ważny element planu podnoszenia inwestycji, nie ma na myśli (mam nadzieję), że oszczędności pchną inwestycje w górę, ale że wysoka stopa krajowych oszczędności poprawi warunki dla krajowych inwestycji – dokonują się one przy mniejszej zależności od kapitału zagranicznego, niższej premii za ryzyko, większej roli rynku kapitałowego i większej skłonności do innowacji.

Zresztą, jak już wspomniałem wyżej, sam Michał Kalecki dostrzegał koniec końców wpływ oszczędności na inwestycje. U niego skłonność do oszczędzania kapitalistów ma wpływ na tzw. mnożnik inwestycyjny. A u Joan Robinson skłonność do oszczędności wpływ na maksymalny poziom inwestycji możliwy do osiągnięcia bez wywoływania inflacji. Inwestycje wpływają na oszczędności, oszczędności na inwestycje, a rozgryzanie, co jest pierwsze, nie prowadzi nas do żadnych istotnych wniosków.

Skłonność społeczeństwa do oszczędzania może, choć nie zawsze musi, być czynnikiem mocno sprzyjającym inwestycjom. Plan Morawieckiego zawiera oddzielne bodźce dla oszczędzania i oddzielne dla inwestowania – nie widzę tu żadnych sprzeczności.

***

Ważniejszy element sporu to moim zdaniem pytanie, czy bodźcować gospodarstwa domowe do oszczędzania, szczególnie oszczędzania na rynku kapitałowym? Ekonomiści mainstreamowi bardzo dużą wagę przywiązują do tego, by gospodarstwa domowe zaczęły więcej odkładać na emeryturę i by ich oszczędności stały się wehikułem m.in. dla rozwoju rynku kapitałowego. Kaleckiści twierdzą, że bodźcowanie ludzi do odkładania pieniędzy na rynku kapitałowym skończy się tylko umocnieniem instytucji finansowych, a klucz do wyższych inwestycji leży w wyższych płacach i wyższym popycie.

Ale za tym kryje się głębsze i absolutnie kluczowe pytanie, czy instytucje współczesnego kapitalizmu mogą naturalnie służyć wszystkim ludziom, czy też służą garstce wybranych, a korzyści dla reszty trzeba „wyszarpać” przy pomocy regulacji (takich jak np. płaca minimalna)? Morawiecki jest przez kaleckistów traktowany podejrzliwie, ponieważ myśli o gospodarce w sposób neoklasyczny – wierzy, że kapitalizm może zapewnić dobrobyt większość obywateli, trzeba tylko ten kapitalizm wesprzeć instytucjami państwowymi (tu różni się od najtwardszych liberałów).

Ten spór rozlewa się na wiele obszarów życia. Ekonomiści mainstreamowi skupiają się na rozwoju instytucji rynkowych, a oszczędności gospodarstw domowych traktują jako element zapewniający gospodarstwom domowym stabilność i bezpieczeństwo. Kaleckiści nie wierzą, by wolny rynek mógł zapewnić powszechny dobrobyt, dlatego chcą, by o stabilność i bezpieczeństwo dbało państwo. W ich modelu oszczędności pracowników nie odgrywają istotnej roli, bo ich rolę przejmuje państwo.

Jak widać, temat oszczędności jest elementem znacznie większej układanki. Zawraca on nas do pytania, czy świat podąża do harmonijnego stanu równowagi, czy też tkwi w permanentnym i nierozwiązywalnym konflikcie. Do pytania, czy żyjemy w systemie, w którym każdy może się realizować zgodnie ze swoimi talentami i marzeniami, czy też w świecie, w którym jedni coś dostają a inni muszą walczyć.

***

Żyjemy w świecie coraz bardziej kaleckistowskim. Znaczące osłabienie klasy średniej na Zachodzie, dokumentowane przez setki prac, sprawia, że coraz więcej osób opisuje życie gospodarcze przez pryzmat konfliktów i dychotomii na linii zamożni-cała reszta. W maju 2012 Paul Krugman pisał: „Zaraz, czyżbyśmy wracali do rozmowy o konflikcie kapitału i pracy?”. Ta fala łatwo przedostaje się do Polski. Wprawdzie u nas globalizacja przynosiła do tej pory raczej umocnienie a nie osłabienie klasy średniej, ale idee krążą po świecie szybciej niż realne procesy gospodarcze. Powstanie w 2014 r. Fundacji Kaleckiego było jakimś sygnałem ducha czasów. Przez pierwsze dwie dekady transformacji kwestionowanie kapitalizmu było w Polsce było passé, ale to się bardzo szybko zmieniło. Znajomy ekonomista nazwał to „Wosizmem”, ponieważ jedną z głównych postaci otwarcie negujących współczesną wersję kapitalizmu jest dziennikarz „Polityki” Rafał Woś, autor książki „Dzięcięca choroba liberalizmu”.

O ile klasa średnia jest w Polsce na ścieżce wzrostowej, o tyle realne objawy następowania świata kaleckistowskiego widać po tym, kto oszczędza. W Polsce oszczędzają firmy, a nie oszczędzają gospodarstwa domowe – wg NBP stopa oszczędności firm to ok. 18 proc., a stopa oszczędności gospodarstwo domowych to niecałe 2 proc. (swoją drogą, Stanisław Gomułka pomylił się w szacunku stopy oszczędności krajowych – ona wynosi ponad 21 proc., a nie 15 proc.). Do pewnego stopnia jest to zjawisko globalne, choć w Polsce występuje z bardzo dużą intensywnością. Dlaczego tak się dzieje? Szczerze i otwarcie powiem, że nie wiem. Może to anomalia w danych, może objaw strachu przedsiębiorców przed kryzysem (Polska doświadczyła silnego kryzysu w 2002 r., a później dwóch silnych spowolnień w 2009 i 2012 r.) i budowania poduszek płynnościowych, a może skutek zbyt małej siły przetargowej pracowników.

Ale choć nasz świat przypomina świat kaleckistowski, to chcielibyśmy chyba żyć w świecie neoklasycznym. Czyż nie?

***

Kapitalizm pozostawiony sam sobie nie funkcjonuje dobrze, nie maksymalizuje korzyści możliwych do osiągnięcia przez obywateli, nie zmierza do stanu równowagi, w którym każdy dostaje tyle, na ile zasłużył swoimi talentami i wysiłkiem. Wysyp badań pokazujących stagnację dochodów klasy średniej w USA w ostatnich 30 latach musi wywierać wrażenie – jeżeli modelowy kraj działa źle, to system chyba szwankuje.

Ale kapitalizm wspierany przez odpowiednie instytucje fiskalne, edukacyjne, rynku pracy, finansowe itd. może być wciąż uważany za system pozwalający na osiągnięcie niezłych rezultatów. To mnie różni od kaleckistów i wciąż trzyma blisko mainstreamu – świat, w którym żyjemy (Polska, UE, Zachód ogółem) wydaje mi się nieźle poukładany, nawet jeżeli wymaga zmian instytucjonalnych. Patrząc na historię ludzkości, nie czuję się przekonany, że to co mamy dziś, wymaga jakiejś radykalnej zmiany. Ale jestem otwarty na argumenty.

***

Podejście do kapitalizmu różniło Michała Kaleckiego od J.M. Keynesa. Jak pisał Jan Toporowski, znawca Kaleckiego:

„Keynes, umiarkowany konserwatysta, był zawsze entuzjastą możliwości zapewnienia rozkwitu kapitalizmu, jeśli tylko polityka gospodarcza przyniesie pełne zatrudnienia. Kalecki był bardziej sceptyczny”.

W rządzącym dziś Polską obozie jest cała masa ludzi myślących o gospodarce w kaleckistowski sposób. Morawiecki do nich nie należy. Jest trochę jak J.M.Keynes – toutes proportions gardées – ostatni przystanek na drodze od krytyki kapitalizmu do jego negacji.

Ignacy Morawski

We wtorek rano rozmawiałem w radiu z pewną znaną profesor ekonomii. Podśmiewała się ona trochę z prognoz makroekonomicznych, by po kilku minutach obwieścić, że jesteśmy u progu rewolucji technologicznej, która całkowicie zmieni nasz sposób życia. Mogła nie dostrzec, że sformułowała istotną prognozę, tyle że bez liczb, więc trudno będzie ją złapać za rękę jeżeli się nie sprawdzi. We wtorek wieczorem zaś dostałem bardzo miłą nagrodę za prognozy makroekonomiczne, zajmując drugie miejsce w konkursie NBP i „Rzeczpospolitej” (na tym miejscu podium znalazłem się trzeci raz w ostatnich czterech latach – fajniej byłoby wygrać, ale powtarzalność ma duże znaczenie). Te dwa wydarzenia skłoniły mnie do podzielenia się kilkoma uwagami na temat prognoz. Nie jest to żadna spójna teoria, raczej zbiór luźnych myśli.

  1. Tak, trafność prognoz jest generalnie niska, błędy prognoz są wyższe niż zdają się myśleć laicy, a prognozowanie to frustrujący proces walki z materią, którą ciężko ogarnąć. Na przykład, istnieje niemal 50 proc. prawdopodobieństwo, że średni wzrost gospodarczy w najbliższym roku będzie różnił się o (niecały) punkt procentowy lub więcej od prognozy centralnej. Czyli, jak dziś konsensus wynosi, powiedzmy, 3,5 proc., to na 50 proc. możemy wylądować poza przedziałem 2,6-4,4 proc. (trochę zaokrąglam). Ale nudne i niesłuszne są opinie, że prognozowanie w ogóle nie ma sensu. Po pierwsze, refleksja nad przyszłością to naturalna cecha każdej dojrzałej zbiorowości i organizacji. Po drugie, niektórych decyzji nie da się podjąć bez chociażby najprostszej prognozy – na przykład czy oszczędności wrzucić na krótkookresową lokatę na 2 proc. czy dziesięcioletnie obligacje skarbowe na 3 proc. Prognozy to nic innego jak systematyzacja wiedzy koniecznej do podejmowania tego typu decyzji.
  2. Prognozy mają nadmierną ekspozycję medialną, wynikającą z zapotrzebowania społeczeństwa na opinie eksperckie. Dobry przykład – kiedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy publikuje swoje prognozy, piszą o tym wszystkie media, mimo że te prognozy nie mają w ogóle żadnego znaczenia. Duże instytucje, jak MFW, Bank Światowy, Komisja Europejska, dostosowują się do konsensusu rynkowego. Ale poświęca się ich prognozom duże uwagi. Dlaczego? Bo ludzie uwielbiają to czytać. Ale to nie jest wina forecasterów.
  3. Ostatecznie najważniejsze jest, czy prognozy pomagają podejmować dobre decyzje. Reszta jest mniej ważna. DE-CY-ZJE. Tu są jednak dwa aspekty, które trzeba oddzielić. Z jednej strony, prognozy mogą wpływać na proces decyzyjny. Z drugiej strony, prognozy są często po to, by dać decydentowi komfort psychiczny. Tak, mistyczna rola wróżek ma we współczesnej cywilizacji swoje nowe wcielenia.
  4. Kluczowe dla każdego analityka jest to, czy ludzie darzą go zaufaniem. Za granicą najbardziej prestiżowe są te rankingi, w których analityków ocenia rynek. Droga do zdobycia zaufania jest złożona, składają się na nią nie tylko trafne prognozy, ale też innowacyjność myślenia, szerokość spojrzenia, wnikliwość analizy, umiejętność komunikacji.
  5. Uwaga techniczna numer jeden. Wielość prostych modeli jest znacznie lepsza niż jeden duży model. Duże modele mają duże błędy prognozy, zajmują więcej czasu, zyski z ich konstruowania są wątpliwe. Duże modele mają jedynie tę zaletę, że ludzie z zewnątrz myślą, że to jest coś strasznie mądrego.
  6. Uwaga techniczna numer dwa. Intuicja jest nie mniej ważna niż model. Intuicja i model to dwie nogi, na których stoi prognoza.
  7. Konsensus jest zwykle lepszy niż każda indywidualna prognoza. Dlatego rynki zakładów (betting markets) są najlepszą formą prognozowania. To ma implikacje praktyczne. Jeżeli chcecie w firmie podjąć jakąś ważną decyzję, dajcie ludziom zrobić burzę mózgów, nie pozwólcie, by jedna silna osobowość zdominowała proces analityczny i decyzyjny.
  8. O ile konsensus to najlepszy agregator wiedzy, którego żaden pojedynczy analityk nie jest w stanie systematycznie „bić”, o tyle próba „pokonania” konsensusu to esencja prognozowania. Analiza ryzyka jest dużo ciekawsza niż prognozy punktowe. Szczerze mówiąc, mało interesujące jest, jaki w tym roku może być PKB czy stopa procentowa – ciekawsze jest, jaka jest szansa, że będą inny niż wszyscy myślą. Pamiętacie gości z Big Short, którzy wykorzystywali w swoich inwestycjach niedoszacowane ryzyka? O to chodzi, o dobre przypisanie prawdopodobieństwa.
  9. Za mało jest systemów weryfikujących prognozy w innych dziedzinach społecznych niż ekonomia. Zacznijmy rygorystycznie rozliczać politologów, socjologów, specjalistów od stosunków międzynarodowych, czy ich predykcje mają jakiś sens. Nie mówię, żeby analizy sprowadzać do prognoz, zupełnie nie o to chodzi. Ale żeby dobrze rozliczać z tych prognoz, które i tak się pojawiają.
  10. Prognozowanie krótko- i średniookresowe zostanie kiedyś pewnie zautomatyzowane w 90 procentach. Ale nie w 100 proc. Element ludzki będzie istotny.

Ignacy Morawski

Może jeden na dziesięć, a może jeden na dwadzieścia. Tyle artykułów analitycznych w mediach trafia w sedno jakiegoś problemu. Tego typu artykułem jest tekst Piotra Burasa, szefa polskiego oddziału European Council on Foreign Relations, w najnowszej Polityce, zatytułowany „Razem, ale osobno”.

Buras zastanawia się, o co chodzi w rosnącym napięciu między Warszawą a Brukselą. Rozróba wywołana przez PiS, twierdzi, jest tu tylko elementem większej układanki. PiS ze swoim eurosceptycyzmem, balansującym na granicy chęci reformowania UE i jej odrzucenia, wpisał się w większy trend.

Koniunktura na Polskę skończyła się, zanim jeszcze ekipa Jarosława Kaczyńskiego doszła do władzy (….). Wyczerpuje się także koniunktura na Europę w Polsce. Europeizacja i naśladowanie modelu zachodniego dynamizowały naszą transformację po 1989 r., której bilans jest dzisiaj poddawany surowej ocenie z rozmaitych stron (…). Kojarzona z kryzysami Europa sama nie dostarcza wielu powodów do euforii”. Analityk ECFR ostrzega więc, że piętnowanie fobii Jarosława Kaczyńskiego nie może być jedyną reakcją na antyunijnego dżina, który krąży swobodnie po kraju. Przemyślenie na nowo modelu integracji Polski z UE jest autentycznie potrzebne.  

Polacy są społeczeństwem wciąż bardzo pozytywnie nastawionym do integracji europejskiej. Ale integracja nie jest już w żaden sposób celem mobilizującym społeczeństwo, co bardzo mocno utrudniło życie proeuropejsko nastawionym elitom. Ruchy polityczne potrzebują wielkich celów i haseł, które je napędzają. Wykorzystam tu fragment tekstu, który sam pół roku temu napisałem dla „Dziennika”: „Obranie wielkiego celu, jakim jest integracja z zachodem, pozwoliło polskim elitom w ciągu 25 lat wprowadzić wiele zmian, które nie udały się w większości krajów peryferyjnych świata – całkowite otwarcie handlu na świat, utrzymanie bardzo stabilnego pieniądza i względnie stabilnej równowagi budżetowej, odcięcie większości firm państwowych od subsydiów, prywatyzacja ogromnej części majątku państwowego, ograniczenie korupcji itd. itp. Chęć integracji z Europą zachodnią była kluczowym czynnikiem pozwalającym uzyskiwać zgodę polityczną na wszystkie trudne decyzje”.

Ten driver transformacji stracił jednak swą moc. Moim zdaniem, jednym z kluczowych powodów jest kryzys w strefie euro. W 2007 r., pracując w Rzeczpospolitej, organizowałem cykl debat na temat korzyści przyjęcia euro. Mieliśmy wtedy problem, by znaleźć ekonomistę sceptycznie nastawionego do zmiany waluty – sprzeciw wobec euro był passe’, a chęć przyjęcia euro to było główne hasło mobilizujące do reform. Po 2011 r. odwróciło się to o 180 stopni, dziś ciężko znaleźć ekonomistę, który z zaangażowaniem potrafiłby bronić idei rychłego przystąpienia do unii gospodarczo-walutowej. Liberalne elity straciły sztandar, a wiadomo, jakie konsekwencje niesie utrata sztandaru.

Wracam do P.Burasa. Bardzo słusznie dostrzega on, że eurosceptycyzm PiS to nie jest „gwałt na europejskiej duszy Polaków”, ale postawa wpisująca się lukę powstałą po opadającym euroentuzjazmie. Buras zauważa przy tym w PiS dwa nurty – pierwszy, ideologiczny, odrzucający zachodnią kulturę i dążący do radykalnej przebudowy kraju; drugi, pragmatyczny, akceptujący zalety integracji europejskiej, ale dążący do reformy UE trochę na wzór proponowany przez Wielką Brytanię. Kryzys wokół TK i nieudolne budowanie relacji z Zachodem są wyrazem miotania się ludzi PiS między tymi dwiema wizjami.

Buras twierdzi, że nawet ta pragmatyczna wizja europejska PiS jest dla Polski niebezpieczna. Jak zaczniemy budować Europę wielu prędkości, to my nieuchronnie wylądujemy na dalszym kręgu integracji, co może być dla nas strategicznie niekorzystne. Pisze: „Model zakładający, że coraz ściślejszy związek państw europejskich oraz ich funkcjonowanie w jednym organizmie politycznym jest celem tego projektu, buduje silne współzależności i zmusza państwa do wzajemnej solidarności. Dla Polski ten element integracji zawsze był i pozostanie na lata szczególnie ważny”.

Rewolta części PiS przeciw UE jest moim zdaniem bardzo niebezpieczna i godzi w polską rację stanu. To jest ta część PiS, która UE zaakceptowała tylko ze strachu przed Rosją i pod presją papieża Jana Pawła II. Przy każdej możliwej okazji wychodzi z tych ludzi niechęć do integracji europejskiej i radość ze wszystkich porażek europejskiego projektu. Są to de facto pożyteczni idioci Moskwy, bo dziś jednym z celów numer jeden Rosji jest osłabienie lub rozbicie UE.

Ale jednocześnie mam pewnie większą niż Buras akceptację dla pragmatycznej wizji europejskiej PiS i uważam, że do ludzi ją reprezentujących warto wyciągać rękę. Dlaczego? Z czystej kalkulacji ryzyk. Łatwiej może być uratować unię elastyczną, w której jest miejsca na różne stopnie integracji, niż projekt ever closer union. W ramach tej wizji można szukać takiego miejsca dla Polski, które będzie najbardziej optymalne, można też utrzymać proeuropejskie nastawienie części konserwatywnych Polaków. Ważne są dwa cele: UE musi przetrwać, a większość Polaków musi akceptować korzyści z integracji. Na dziś dzień łatwiej to osiągnąć forsując łagodniejszą wersję integracji.

IM

 

Część ekonomistów uważa, że nadpłynność w sektorze bankowym – czyli ogrom gotówki, którą banki trzymają w Narodowym Banku Polskim – należy uwolnić na rzecz finansowania polskiej gospodarki. Inni wskazują, że to pomieszanie z poplątaniem. I chyba ci drudzy mają więcej racji.

Wielka kasa, jaką banki trzymają w Narodowym Banku Polskim rozpaliła wyobraźnię polityków. Rząd umieścił ją w planie rozwoju gospodarczego jako źródło finansowania inwestycji, tzw. Planie Morawieckiego. Co rusz jakiś polityk uruchamia te pieniądze na rzecz rozwoju. – Mamy nadpłynność sektora [bankowego], a to znaczy, że sektor mógłby udzielić więcej kredytów – powiedział niedawno wiceminister finansów Konrad Raczkowski. Wiceministrem już nie jest, ale jego opinia trzyma się jak najbardziej mocno. Jerzy Żyżyński, profesor ekonomii i jeden z głównych ekspertów gospodarczych PiS, stwierdził wczoraj dokładnie to samo. – Banki powinny lokować pieniądze w gospodarce, a nie w NBP. To kwestia wysokości stóp procentowych banku centralnego. Dlaczego tolerujemy nadpłynność sektora bankowego?

Nadpłynność to kwota jaką banki lokują w Narodowym Banku Polskim poza systemem obowiązkowej rezerwy. Jest teraz tego ok. 80-90 mld zł. Większość tej kwoty NBP co tydzień ściąga z systemu bankowego poprzez emisję bonów pieniężnych (oprocentowanie tych bonów wynosi tyle co stopa referencyjna NBP – poprzez ustalenie ceny transakcji na linii NBP-banki ten pierwszy wpływa na koszt pieniądza na całym runku, a przez to na koszt kredytu w gospodarce). Powszechne wyobrażenie jest takie, że gdyby NBP tego ogromu gotówki by nie ściągał, wówczas banki musiałyby ulokować ją gdzie indziej, na przykład udzielić kredyty firmom. Stąd pomysły Raczkowskiego czy Żyżyńskiego. Jak jednak zauważył Jan Czekaj, kolega po fachu Jerzego Żyżyńskiego i były członek Rady Polityki Pieniężnej, takie myślenie jest niesłuszne. – Szacowana przez autorów planu [Morawieckiego] nadpłynność w wys. ok. 90 mld zł nie może być traktowana jako dostępne źródło finansowania inwestycji, gdyż rozmiary akcji kredytowej zależą od wielkości kapitałów banków oraz popytu na kredyt (…). Można wyrazić zdziwienie, że autorzy omawianego dokumentu wykazują brak elementarnej wiedzy o funkcjonowaniu systemu bankowego. [tekst z Rzeczpospolitej, 23.02.2016]
bony pieniezne

Podążajmy przez moment uproszczonym schematem Raczkowskiego-Żyżyńskiego. Załóżmy że banki jednego dnia w ogóle nie lokują pieniądza w NBP tylko udzielają jednego wielkiego kredytu jakiejś firmie – np. KGHM – na wielką krajową inwestycję. KGHM bierze kasę i… no właśnie, co? W ten czy inny sposób ta kasa zostaje w bankach. A banki lokują ją NBP. Koło się zamyka, nadpłynność jak była tak jest, bez względu na akcję kredytową. Jednocześnie, pewne jest, że jeżeli KGHM ma dobry projekt, to uzyska kredyt bez dotykania pieniędzy z tej nadpłynności. Kluczowe jest, czy projekt jest dobry, czy KGHM jest stabilny finansowo, jakie są stopy procentowe i czy bank ma kapitał do udzielenia kredytu.

Nadpłynność nie jest efektem braku akcji kredytowej. Wynika ona m.in. z faktu, że do Polski napływa unijna kasa, którą bank centralny zamienia na (drukowane) złote, lokując jednocześnie skupione euro w bezpiecznych obligacjach skarbowych za granicą. Te złote, oczywiście w formie elektronicznej, zostają w systemie i będą w tym systemie bez względu na to, czy akcja kredytowa będzie słabsza czy silniejsza. W takich krajach jak USA, Wielka Brytania czy w strefie euro, banki centralne regulują płynność w zależności od potrzeb wynikających z utrzymania określonego poziomu stóp procentowych czy – ostatnio, kiedy stopy spadły do zera – poziomu aktywów. W Polsce jednak mamy czynnik, nad którym bank centralny nie ma kontroli – napływ unijnych funduszy. Nadpłynność można zmniejszyć nie poprzez zwiększenie akcji kredytowej banków, ale poprzez redukcję rezerw walutowych.

Spójrzmy na to przez pryzmat bilansu NBP (wykres poniżej). Osławiona nadpłynność to część pasywów, czyli zobowiązań NBP. Jest to druga największa pozycja w pasywach, po gotówce w obiegu. Pasywom ogółem odpowiadają aktywa ogółem, które niemal w 100 proc. składają się z aktywów zagranicznych. Jeżeli chcemy zmniejszyć pasywa, to musimy zmniejszyć aktywa – czyli de facto zredukować aktywa zagraniczne. Są oczywiście jeszcze inne możliwości redukcji nadpłynności banków poprzez przetasowania w pasywach (na przykład zwiększenie gotówki w obiegu lub zwiększenie depozytów sektora niefinansowego), nie będę wchodził tutaj w szczegóły, ale paleta tych możliwości nie ma wiele wspólnego z akcją kredytową.
bilans nbp
Jeżeli chcemy mieć w Polsce solidny wzrost akcji kredytowej na finansowanie inwestycji przedsiębiorstw, musimy spełniać trzy warunki: a) mieć solidny popyt inwestycyjny, który jest funkcją perspektyw gospodarczych i stopy procentowej (tutaj jest rola NBP!), b) mieć solidne finansowo firmy, które mogą być bez nadmiernego ryzyka finansowane przez banki, c) mieć solidny sektor bankowy, który jest w stanie osiągać takie zyski, by kumulować kapitał konieczny do udzielania kredytów (w bardzo dużym uproszczeniu, każde 100 zł kredytu jest finansowane w ok. 85 proc. z depozytów, a w 15 proc. z kapitału).

Tymi 80-90 mld, które leżą w NBP, na razie nie zawracajmy sobie głowy – to kwestia zupełnie wtórna.

Ignacy Morawski

 

Tu „wyciąg” z Planu na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju:

plan morawieckiego

A few people told me recently that I was an optimist in relation to what happened in Poland. Here is my short answer.

To sum up, I’m critical of the recent political course taken by the new Polish government – assault on the Constitution Court, revamp of a legislative process, introduction of large fiscal redistribution programs not combined by any pro-growth agenda. But at the same time, I am not panicking yet. I believe Poland has good chances to muddle through and maintain long term modernization path.

Two points are worth stressing here.

First, I try to pay more attention to structural than political processes. Social values, divisions within a society, stability of a middle class, trust towards institutions, extent of legitimization of a political system, economic trends – we should look at these kind of variables to determine whether the recent political changes will take the form of temporary turbulence or permanent (r)evolution. I assume that Poland is moderately stable in structural terms and without external shock should not “drift Eastwards”. Poles what to go Westwards and if PiS does not meet their desires, it will eventually lose. The risk here is that maybe I underestimate changes within the Polish society.

Second, what worries me the most are the international risks, which dwarf any domestic considerations. Russia is an almost failed and takes ever more aggressive approach towards the West. The prospect of a nuclear war is not something that anybody with a knowledge of history should play down. Moreover, immigration and financial crises are shaking the foundations of the European Union. Political disintegration of Europe may follow.

A very educated person told me recently, that I underestimate Jarosław Kaczyński and his obsessions. I replied that absent external shocks, JK will not be that dangerous, and if a strong external shock hits – JK would not be the most important peril. Is that optimistic? You should judge.

Ignacy Morawski

For the last couple of weeks I have been trying to answer a question about the risks for democracy in Poland. I’ve been crunching data to gain some broad insight into how political systems have varied in the past. And here is a very interesting result.

I looked at how political systems behaved after having reached a certain level. Data come from the Polity IV Database, in which political systems are assessed on a scale between -10 (full autocracy) to 10 (full democracy). I analyzed 180 countries after the II World War. The key question here is whether full-democracies consolidate (Poland is scored as full-democracy today). The answer seem to be: YES, to some extent.

After reaching level 5-9, that is a medium-to-high quality of democracy, some countries slid substantially. Median path was around 7, but 10th percentile, that is a 10th worst country in a sample (in a given year), was around … -7!

BUT after reaching the highest level of democracy, consolidation was much stronger. Median stayed at 10, and 10th percentile was around 8-9, which means that the vast majority of countries maintained very high or the highest standards. Im mahematics and applied sciences, a system that is not permanently shaken by small distrubances is called a stable equilibrium. It may seem that full democracy is such an equilibrium.

Data analysis is obviously only one of many angles to explore the problem. But at least from this perspective, there is a good chance that Poland will not drift eastwards in terms of political standards. Temporary shocks should not shift the system to a different trajectory. Keep fingers crossed!

consolidation1

consolidation2