Feeds:
Posty
Komentarze

We wtorek rano rozmawiałem w radiu z pewną znaną profesor ekonomii. Podśmiewała się ona trochę z prognoz makroekonomicznych, by po kilku minutach obwieścić, że jesteśmy u progu rewolucji technologicznej, która całkowicie zmieni nasz sposób życia. Mogła nie dostrzec, że sformułowała istotną prognozę, tyle że bez liczb, więc trudno będzie ją złapać za rękę jeżeli się nie sprawdzi. We wtorek wieczorem zaś dostałem bardzo miłą nagrodę za prognozy makroekonomiczne, zajmując drugie miejsce w konkursie NBP i „Rzeczpospolitej” (na tym miejscu podium znalazłem się trzeci raz w ostatnich czterech latach – fajniej byłoby wygrać, ale powtarzalność ma duże znaczenie). Te dwa wydarzenia skłoniły mnie do podzielenia się kilkoma uwagami na temat prognoz. Nie jest to żadna spójna teoria, raczej zbiór luźnych myśli.

  1. Tak, trafność prognoz jest generalnie niska, błędy prognoz są wyższe niż zdają się myśleć laicy, a prognozowanie to frustrujący proces walki z materią, którą ciężko ogarnąć. Na przykład, istnieje niemal 50 proc. prawdopodobieństwo, że średni wzrost gospodarczy w najbliższym roku będzie różnił się o (niecały) punkt procentowy lub więcej od prognozy centralnej. Czyli, jak dziś konsensus wynosi, powiedzmy, 3,5 proc., to na 50 proc. możemy wylądować poza przedziałem 2,6-4,4 proc. (trochę zaokrąglam). Ale nudne i niesłuszne są opinie, że prognozowanie w ogóle nie ma sensu. Po pierwsze, refleksja nad przyszłością to naturalna cecha każdej dojrzałej zbiorowości i organizacji. Po drugie, niektórych decyzji nie da się podjąć bez chociażby najprostszej prognozy – na przykład czy oszczędności wrzucić na krótkookresową lokatę na 2 proc. czy dziesięcioletnie obligacje skarbowe na 3 proc. Prognozy to nic innego jak systematyzacja wiedzy koniecznej do podejmowania tego typu decyzji.
  2. Prognozy mają nadmierną ekspozycję medialną, wynikającą z zapotrzebowania społeczeństwa na opinie eksperckie. Dobry przykład – kiedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy publikuje swoje prognozy, piszą o tym wszystkie media, mimo że te prognozy nie mają w ogóle żadnego znaczenia. Duże instytucje, jak MFW, Bank Światowy, Komisja Europejska, dostosowują się do konsensusu rynkowego. Ale poświęca się ich prognozom duże uwagi. Dlaczego? Bo ludzie uwielbiają to czytać. Ale to nie jest wina forecasterów.
  3. Ostatecznie najważniejsze jest, czy prognozy pomagają podejmować dobre decyzje. Reszta jest mniej ważna. DE-CY-ZJE. Tu są jednak dwa aspekty, które trzeba oddzielić. Z jednej strony, prognozy mogą wpływać na proces decyzyjny. Z drugiej strony, prognozy są często po to, by dać decydentowi komfort psychiczny. Tak, mistyczna rola wróżek ma we współczesnej cywilizacji swoje nowe wcielenia.
  4. Kluczowe dla każdego analityka jest to, czy ludzie darzą go zaufaniem. Za granicą najbardziej prestiżowe są te rankingi, w których analityków ocenia rynek. Droga do zdobycia zaufania jest złożona, składają się na nią nie tylko trafne prognozy, ale też innowacyjność myślenia, szerokość spojrzenia, wnikliwość analizy, umiejętność komunikacji.
  5. Uwaga techniczna numer jeden. Wielość prostych modeli jest znacznie lepsza niż jeden duży model. Duże modele mają duże błędy prognozy, zajmują więcej czasu, zyski z ich konstruowania są wątpliwe. Duże modele mają jedynie tę zaletę, że ludzie z zewnątrz myślą, że to jest coś strasznie mądrego.
  6. Uwaga techniczna numer dwa. Intuicja jest nie mniej ważna niż model. Intuicja i model to dwie nogi, na których stoi prognoza.
  7. Konsensus jest zwykle lepszy niż każda indywidualna prognoza. Dlatego rynki zakładów (betting markets) są najlepszą formą prognozowania. To ma implikacje praktyczne. Jeżeli chcecie w firmie podjąć jakąś ważną decyzję, dajcie ludziom zrobić burzę mózgów, nie pozwólcie, by jedna silna osobowość zdominowała proces analityczny i decyzyjny.
  8. O ile konsensus to najlepszy agregator wiedzy, którego żaden pojedynczy analityk nie jest w stanie systematycznie „bić”, o tyle próba „pokonania” konsensusu to esencja prognozowania. Analiza ryzyka jest dużo ciekawsza niż prognozy punktowe. Szczerze mówiąc, mało interesujące jest, jaki w tym roku może być PKB czy stopa procentowa – ciekawsze jest, jaka jest szansa, że będą inny niż wszyscy myślą. Pamiętacie gości z Big Short, którzy wykorzystywali w swoich inwestycjach niedoszacowane ryzyka? O to chodzi, o dobre przypisanie prawdopodobieństwa.
  9. Za mało jest systemów weryfikujących prognozy w innych dziedzinach społecznych niż ekonomia. Zacznijmy rygorystycznie rozliczać politologów, socjologów, specjalistów od stosunków międzynarodowych, czy ich predykcje mają jakiś sens. Nie mówię, żeby analizy sprowadzać do prognoz, zupełnie nie o to chodzi. Ale żeby dobrze rozliczać z tych prognoz, które i tak się pojawiają.
  10. Prognozowanie krótko- i średniookresowe zostanie kiedyś pewnie zautomatyzowane w 90 procentach. Ale nie w 100 proc. Element ludzki będzie istotny.

Ignacy Morawski

Może jeden na dziesięć, a może jeden na dwadzieścia. Tyle artykułów analitycznych w mediach trafia w sedno jakiegoś problemu. Tego typu artykułem jest tekst Piotra Burasa, szefa polskiego oddziału European Council on Foreign Relations, w najnowszej Polityce, zatytułowany „Razem, ale osobno”.

Buras zastanawia się, o co chodzi w rosnącym napięciu między Warszawą a Brukselą. Rozróba wywołana przez PiS, twierdzi, jest tu tylko elementem większej układanki. PiS ze swoim eurosceptycyzmem, balansującym na granicy chęci reformowania UE i jej odrzucenia, wpisał się w większy trend.

Koniunktura na Polskę skończyła się, zanim jeszcze ekipa Jarosława Kaczyńskiego doszła do władzy (….). Wyczerpuje się także koniunktura na Europę w Polsce. Europeizacja i naśladowanie modelu zachodniego dynamizowały naszą transformację po 1989 r., której bilans jest dzisiaj poddawany surowej ocenie z rozmaitych stron (…). Kojarzona z kryzysami Europa sama nie dostarcza wielu powodów do euforii”. Analityk ECFR ostrzega więc, że piętnowanie fobii Jarosława Kaczyńskiego nie może być jedyną reakcją na antyunijnego dżina, który krąży swobodnie po kraju. Przemyślenie na nowo modelu integracji Polski z UE jest autentycznie potrzebne.  

Polacy są społeczeństwem wciąż bardzo pozytywnie nastawionym do integracji europejskiej. Ale integracja nie jest już w żaden sposób celem mobilizującym społeczeństwo, co bardzo mocno utrudniło życie proeuropejsko nastawionym elitom. Ruchy polityczne potrzebują wielkich celów i haseł, które je napędzają. Wykorzystam tu fragment tekstu, który sam pół roku temu napisałem dla „Dziennika”: „Obranie wielkiego celu, jakim jest integracja z zachodem, pozwoliło polskim elitom w ciągu 25 lat wprowadzić wiele zmian, które nie udały się w większości krajów peryferyjnych świata – całkowite otwarcie handlu na świat, utrzymanie bardzo stabilnego pieniądza i względnie stabilnej równowagi budżetowej, odcięcie większości firm państwowych od subsydiów, prywatyzacja ogromnej części majątku państwowego, ograniczenie korupcji itd. itp. Chęć integracji z Europą zachodnią była kluczowym czynnikiem pozwalającym uzyskiwać zgodę polityczną na wszystkie trudne decyzje”.

Ten driver transformacji stracił jednak swą moc. Moim zdaniem, jednym z kluczowych powodów jest kryzys w strefie euro. W 2007 r., pracując w Rzeczpospolitej, organizowałem cykl debat na temat korzyści przyjęcia euro. Mieliśmy wtedy problem, by znaleźć ekonomistę sceptycznie nastawionego do zmiany waluty – sprzeciw wobec euro był passe’, a chęć przyjęcia euro to było główne hasło mobilizujące do reform. Po 2011 r. odwróciło się to o 180 stopni, dziś ciężko znaleźć ekonomistę, który z zaangażowaniem potrafiłby bronić idei rychłego przystąpienia do unii gospodarczo-walutowej. Liberalne elity straciły sztandar, a wiadomo, jakie konsekwencje niesie utrata sztandaru.

Wracam do P.Burasa. Bardzo słusznie dostrzega on, że eurosceptycyzm PiS to nie jest „gwałt na europejskiej duszy Polaków”, ale postawa wpisująca się lukę powstałą po opadającym euroentuzjazmie. Buras zauważa przy tym w PiS dwa nurty – pierwszy, ideologiczny, odrzucający zachodnią kulturę i dążący do radykalnej przebudowy kraju; drugi, pragmatyczny, akceptujący zalety integracji europejskiej, ale dążący do reformy UE trochę na wzór proponowany przez Wielką Brytanię. Kryzys wokół TK i nieudolne budowanie relacji z Zachodem są wyrazem miotania się ludzi PiS między tymi dwiema wizjami.

Buras twierdzi, że nawet ta pragmatyczna wizja europejska PiS jest dla Polski niebezpieczna. Jak zaczniemy budować Europę wielu prędkości, to my nieuchronnie wylądujemy na dalszym kręgu integracji, co może być dla nas strategicznie niekorzystne. Pisze: „Model zakładający, że coraz ściślejszy związek państw europejskich oraz ich funkcjonowanie w jednym organizmie politycznym jest celem tego projektu, buduje silne współzależności i zmusza państwa do wzajemnej solidarności. Dla Polski ten element integracji zawsze był i pozostanie na lata szczególnie ważny”.

Rewolta części PiS przeciw UE jest moim zdaniem bardzo niebezpieczna i godzi w polską rację stanu. To jest ta część PiS, która UE zaakceptowała tylko ze strachu przed Rosją i pod presją papieża Jana Pawła II. Przy każdej możliwej okazji wychodzi z tych ludzi niechęć do integracji europejskiej i radość ze wszystkich porażek europejskiego projektu. Są to de facto pożyteczni idioci Moskwy, bo dziś jednym z celów numer jeden Rosji jest osłabienie lub rozbicie UE.

Ale jednocześnie mam pewnie większą niż Buras akceptację dla pragmatycznej wizji europejskiej PiS i uważam, że do ludzi ją reprezentujących warto wyciągać rękę. Dlaczego? Z czystej kalkulacji ryzyk. Łatwiej może być uratować unię elastyczną, w której jest miejsca na różne stopnie integracji, niż projekt ever closer union. W ramach tej wizji można szukać takiego miejsca dla Polski, które będzie najbardziej optymalne, można też utrzymać proeuropejskie nastawienie części konserwatywnych Polaków. Ważne są dwa cele: UE musi przetrwać, a większość Polaków musi akceptować korzyści z integracji. Na dziś dzień łatwiej to osiągnąć forsując łagodniejszą wersję integracji.

IM

 

Część ekonomistów uważa, że nadpłynność w sektorze bankowym – czyli ogrom gotówki, którą banki trzymają w Narodowym Banku Polskim – należy uwolnić na rzecz finansowania polskiej gospodarki. Inni wskazują, że to pomieszanie z poplątaniem. I chyba ci drudzy mają więcej racji.

Wielka kasa, jaką banki trzymają w Narodowym Banku Polskim rozpaliła wyobraźnię polityków. Rząd umieścił ją w planie rozwoju gospodarczego jako źródło finansowania inwestycji, tzw. Planie Morawieckiego. Co rusz jakiś polityk uruchamia te pieniądze na rzecz rozwoju. – Mamy nadpłynność sektora [bankowego], a to znaczy, że sektor mógłby udzielić więcej kredytów – powiedział niedawno wiceminister finansów Konrad Raczkowski. Wiceministrem już nie jest, ale jego opinia trzyma się jak najbardziej mocno. Jerzy Żyżyński, profesor ekonomii i jeden z głównych ekspertów gospodarczych PiS, stwierdził wczoraj dokładnie to samo. – Banki powinny lokować pieniądze w gospodarce, a nie w NBP. To kwestia wysokości stóp procentowych banku centralnego. Dlaczego tolerujemy nadpłynność sektora bankowego?

Nadpłynność to kwota jaką banki lokują w Narodowym Banku Polskim poza systemem obowiązkowej rezerwy. Jest teraz tego ok. 80-90 mld zł. Większość tej kwoty NBP co tydzień ściąga z systemu bankowego poprzez emisję bonów pieniężnych (oprocentowanie tych bonów wynosi tyle co stopa referencyjna NBP – poprzez ustalenie ceny transakcji na linii NBP-banki ten pierwszy wpływa na koszt pieniądza na całym runku, a przez to na koszt kredytu w gospodarce). Powszechne wyobrażenie jest takie, że gdyby NBP tego ogromu gotówki by nie ściągał, wówczas banki musiałyby ulokować ją gdzie indziej, na przykład udzielić kredyty firmom. Stąd pomysły Raczkowskiego czy Żyżyńskiego. Jak jednak zauważył Jan Czekaj, kolega po fachu Jerzego Żyżyńskiego i były członek Rady Polityki Pieniężnej, takie myślenie jest niesłuszne. – Szacowana przez autorów planu [Morawieckiego] nadpłynność w wys. ok. 90 mld zł nie może być traktowana jako dostępne źródło finansowania inwestycji, gdyż rozmiary akcji kredytowej zależą od wielkości kapitałów banków oraz popytu na kredyt (…). Można wyrazić zdziwienie, że autorzy omawianego dokumentu wykazują brak elementarnej wiedzy o funkcjonowaniu systemu bankowego. [tekst z Rzeczpospolitej, 23.02.2016]
bony pieniezne

Podążajmy przez moment uproszczonym schematem Raczkowskiego-Żyżyńskiego. Załóżmy że banki jednego dnia w ogóle nie lokują pieniądza w NBP tylko udzielają jednego wielkiego kredytu jakiejś firmie – np. KGHM – na wielką krajową inwestycję. KGHM bierze kasę i… no właśnie, co? W ten czy inny sposób ta kasa zostaje w bankach. A banki lokują ją NBP. Koło się zamyka, nadpłynność jak była tak jest, bez względu na akcję kredytową. Jednocześnie, pewne jest, że jeżeli KGHM ma dobry projekt, to uzyska kredyt bez dotykania pieniędzy z tej nadpłynności. Kluczowe jest, czy projekt jest dobry, czy KGHM jest stabilny finansowo, jakie są stopy procentowe i czy bank ma kapitał do udzielenia kredytu.

Nadpłynność nie jest efektem braku akcji kredytowej. Wynika ona m.in. z faktu, że do Polski napływa unijna kasa, którą bank centralny zamienia na (drukowane) złote, lokując jednocześnie skupione euro w bezpiecznych obligacjach skarbowych za granicą. Te złote, oczywiście w formie elektronicznej, zostają w systemie i będą w tym systemie bez względu na to, czy akcja kredytowa będzie słabsza czy silniejsza. W takich krajach jak USA, Wielka Brytania czy w strefie euro, banki centralne regulują płynność w zależności od potrzeb wynikających z utrzymania określonego poziomu stóp procentowych czy – ostatnio, kiedy stopy spadły do zera – poziomu aktywów. W Polsce jednak mamy czynnik, nad którym bank centralny nie ma kontroli – napływ unijnych funduszy. Nadpłynność można zmniejszyć nie poprzez zwiększenie akcji kredytowej banków, ale poprzez redukcję rezerw walutowych.

Spójrzmy na to przez pryzmat bilansu NBP (wykres poniżej). Osławiona nadpłynność to część pasywów, czyli zobowiązań NBP. Jest to druga największa pozycja w pasywach, po gotówce w obiegu. Pasywom ogółem odpowiadają aktywa ogółem, które niemal w 100 proc. składają się z aktywów zagranicznych. Jeżeli chcemy zmniejszyć pasywa, to musimy zmniejszyć aktywa – czyli de facto zredukować aktywa zagraniczne. Są oczywiście jeszcze inne możliwości redukcji nadpłynności banków poprzez przetasowania w pasywach (na przykład zwiększenie gotówki w obiegu lub zwiększenie depozytów sektora niefinansowego), nie będę wchodził tutaj w szczegóły, ale paleta tych możliwości nie ma wiele wspólnego z akcją kredytową.
bilans nbp
Jeżeli chcemy mieć w Polsce solidny wzrost akcji kredytowej na finansowanie inwestycji przedsiębiorstw, musimy spełniać trzy warunki: a) mieć solidny popyt inwestycyjny, który jest funkcją perspektyw gospodarczych i stopy procentowej (tutaj jest rola NBP!), b) mieć solidne finansowo firmy, które mogą być bez nadmiernego ryzyka finansowane przez banki, c) mieć solidny sektor bankowy, który jest w stanie osiągać takie zyski, by kumulować kapitał konieczny do udzielania kredytów (w bardzo dużym uproszczeniu, każde 100 zł kredytu jest finansowane w ok. 85 proc. z depozytów, a w 15 proc. z kapitału).

Tymi 80-90 mld, które leżą w NBP, na razie nie zawracajmy sobie głowy – to kwestia zupełnie wtórna.

Ignacy Morawski

 

Tu „wyciąg” z Planu na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju:

plan morawieckiego

A few people told me recently that I was an optimist in relation to what happened in Poland. Here is my short answer.

To sum up, I’m critical of the recent political course taken by the new Polish government – assault on the Constitution Court, revamp of a legislative process, introduction of large fiscal redistribution programs not combined by any pro-growth agenda. But at the same time, I am not panicking yet. I believe Poland has good chances to muddle through and maintain long term modernization path.

Two points are worth stressing here.

First, I try to pay more attention to structural than political processes. Social values, divisions within a society, stability of a middle class, trust towards institutions, extent of legitimization of a political system, economic trends – we should look at these kind of variables to determine whether the recent political changes will take the form of temporary turbulence or permanent (r)evolution. I assume that Poland is moderately stable in structural terms and without external shock should not “drift Eastwards”. Poles what to go Westwards and if PiS does not meet their desires, it will eventually lose. The risk here is that maybe I underestimate changes within the Polish society.

Second, what worries me the most are the international risks, which dwarf any domestic considerations. Russia is an almost failed and takes ever more aggressive approach towards the West. The prospect of a nuclear war is not something that anybody with a knowledge of history should play down. Moreover, immigration and financial crises are shaking the foundations of the European Union. Political disintegration of Europe may follow.

A very educated person told me recently, that I underestimate Jarosław Kaczyński and his obsessions. I replied that absent external shocks, JK will not be that dangerous, and if a strong external shock hits – JK would not be the most important peril. Is that optimistic? You should judge.

Ignacy Morawski

For the last couple of weeks I have been trying to answer a question about the risks for democracy in Poland. I’ve been crunching data to gain some broad insight into how political systems have varied in the past. And here is a very interesting result.

I looked at how political systems behaved after having reached a certain level. Data come from the Polity IV Database, in which political systems are assessed on a scale between -10 (full autocracy) to 10 (full democracy). I analyzed 180 countries after the II World War. The key question here is whether full-democracies consolidate (Poland is scored as full-democracy today). The answer seem to be: YES, to some extent.

After reaching level 5-9, that is a medium-to-high quality of democracy, some countries slid substantially. Median path was around 7, but 10th percentile, that is a 10th worst country in a sample (in a given year), was around … -7!

BUT after reaching the highest level of democracy, consolidation was much stronger. Median stayed at 10, and 10th percentile was around 8-9, which means that the vast majority of countries maintained very high or the highest standards. Im mahematics and applied sciences, a system that is not permanently shaken by small distrubances is called a stable equilibrium. It may seem that full democracy is such an equilibrium.

Data analysis is obviously only one of many angles to explore the problem. But at least from this perspective, there is a good chance that Poland will not drift eastwards in terms of political standards. Temporary shocks should not shift the system to a different trajectory. Keep fingers crossed!

consolidation1

consolidation2

It is difficult to disagree that some aspects of liberal democracy are threatened in Poland. However, any comparisons with authoritarianism are not warranted.

Is democracy in Poland threatened? A list of people who answer “yes” is very long. Jadwiga Staniszkis, a respected Polish sociologist with right-wing leaning political views, has described policies of the new government as “dismantling a system in boxing gloves”. Timothy Gordon Ash, British historian and lecturer at Oxford University, wrote that “the pillars of Poland’s democracy are being destroyed”. Financial Times published an editorial titled: “Poland’s democratic progress is under threat”. The question about Polish democracy has been asked so often in recent days and weeks, that probably every citizen – a person caring about the future of this country – tries to answer it.

Me too. I will tackle that question analytically – with short theory, data and conclusions.

In order to talk about democracy, we need to specify what we mean by that term. There are hundreds of definitions, some of them stressing constitutional settings, other focusing on procedures or even wider social processes. I want to mention three canonical theories together with their authors. And then I will give my summary of how I see current events in light of these theories. You can see that in a table below.

democracy table

Now data. In quantitative analyses on democracy, two data sets are very often used – Freedom House Index and Polity IV Database. Both allow to asses a level of democracy along various dimensions. In both projects, Poland has got the highest rank now and along most dimensions is very close to Western standards. In the first chart you can see 96 years of regime changes in Poland according to Polity IV. But it is the second chart that is the most interesting. I compared Poland to Denmark (model-state nowadays), Hungary (model-black-sheep inside EU), Turkey (model-black-sheep outside EU but in Europe), and Russia (model-Putin-state).

Up until 2015 Poland was very close to Denmark. Now we are facing a risk of Orbanization, which means sliding in some aspects of democracy – rule of law can be undermined by Constitutional Court reform and general judicial reforms, citizens’ protection might be endangered if law on invigilation is introduced. But I don’t think that there is any risk of Erdoganization, which means eg. closures of opposition media or jailing journalists. And talking about Putinization is obviously a pure nonsense. It is like saying that Manchester United after a few bad seasons is at risk of being relegated to a lower league.
polity IV
freedom house

Building democracy is a long process that requires dealing with conflicts, social and political turbulences, crises and shocks. People who thought that Central European countries erased centuries of institutional backwardness relative to the West in one day, on May 1st 2004, when they joined the European Union, were clearly wrong. It is a bumpy road. We enjoyed tailwinds in the first decade after joining EU, now we face headwinds. But we will hopefully move forward.

Most of Poles are convinced that westernization is the best way for Poland. But there some who think differently and treat the West as a source of moral corruption or an economic oppression. Moreover, widespread frustration stemming from rising discrepancy between ever higher aspirations and relatively low wages makes a fertile ground for political apathy. Therefore, modernizers must confront both conservatism and apathy. It can’t be easy, but I think that absent serious international crisis, westernization project in Poland will not be derailed in the medium to long term.

Ignacy Morawski

5500714140_5ff438aa98_b

Are we free to take decisions? Most people would answer that question very formally, by looking at law, regulations, physical constraints or any system of official dos and don’ts. But an answer may be more subtle. Famous French anthropologist Claude Levi-Strauss claimed that a human is strictly constrained by cultural norms and classification systems. To give a trivial example, we do not eat what we like, but what we are accustomed to (unless you are Gordon Ramsay or something). On the other hand, another famous French intellectual Jean Paul Sartre praised human unshackled freedom to take any decision. Both extreme positions intuitively seem doubtful, but an extent to which a man is driven by soft norms is a very curious question. Norms provide stability, which is necessary for living, but people who break norms very often drive innovation and development. It is not easy to tread the fine path between excess stability and revolution.

Gillian Tett, US managing editor of the Financial Times, explored that problem in the field of businethe-silo-effect-9781451644739_hrss and economics and her attempt is both knowledgeable and inspiring. In “The Silo Effect: The Peril of Expertise and the Promise of Breaking Down Barriers” she tries to understand how decision-makers fall prey to or break soft cultural and organizational taxonomies. Silo is a psychological or organizational pattern of thinking or doing things, based on narrow and very specialized knowledge – departments, procedures, fields of science etc. Silos very often play a positive role, allowing people and organizations to behave efficiently. But Tett focuses on negative effects of silos, demonstrating how rigid classification systems can hinder development of any organization.

Her anthropological introduction is one of the most inspiring business pieces that I have read in 2015. She draws her inspiration from the works of Pierre Bourdieu, a French anthropologist, who in the discussion about cultural constraints placed himself between Levi-Strauss and Sartre. Bourdieu admitted, like Levi-Strauss, that soft, unspoken norms shape human relations and individual decisions. However, he also reckoned, like Sartre, that a conscious human can alter these norms and take some decisions freely. Tett uses his theory to argue that too much rigidity blocks progress.

Sony built its empire on well-designed technological process, but then it went too far in dividing the company into separate money-generating machines. Japanese executives didn’t spot on time a trend of integration between media and entertainment and thus lost to Apple. Most investment banks built separate departments to foster a culture of “earn what you eat”, but then they failed to build an efficient risk management system that would run across these silos. Economics tended to split between microeconomics, finance and macroeconomics, but specialists in each of these fields were not able to understand troubles stemming from outside of their narrow area of interest. And so on.

Tett obviously gives many examples of silo-breakers who succeeded. One of the most fascinating is a story of Brett Goldstein, a computer scientists, who spent early years of his career working in a successful start-up OpenTable. In 2006 he voluntarily joined the Chicago Police Department, because he wanted to use his computing skills to enhance security in the most dangerous American city. He was quickly promoted and managed to set up a system of gathering and analyzing data relevant to crimes, which later helped to lower significantly crime incidence in Chicago.

I bought Tett’s book because her previous publication, “The Fools’ Gold”, was one of the most compelling journalistic accounts of the 2008 financial crisis. I find her a very good journalist and commentator, who is keen to talk to people and discover insider opinions and information. And her new book is also worth recommending.

Sometimes “The Silo Effect” reads too much like a “silo-breaking for dummies” type of book – there are too many simplifications and annoying tendency to explain failure or success with one major cause. But Tett can be excused, because that is how people write journalistic texts nowadays. What is important, is that breaking silos can often improve performance of any human or organization, at least unless it leads to chaos. You are going to see that in various pieces that I am going to write here – about forecasting, political analysis economic modelling etc.

Let 2016 be a year of breaking silos! Happy New Year!

Ignacy Morawski